Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna online
Za mną pierwsza rozmowa kwalifikacyjna przeprowadzona w formie online. Myśl o
„kamerkowym formacie” powodowała u mnie dużo większe zdenerwowanie niż gdyby to spotkanie miało się to odbyć twarzą w twarz. Zawsze odnoszę wrażenie, że konwersacja przez kamerę jest jakaś nienaturalna i krępująca. Jednak nie to okazało się moim największym problemem.
Mimo tego, że rozmowa przebiegła w sposób przewidywalny, nie mogę powiedzieć, że zadane pytania mnie jakoś szczególnie zaskoczyły, to ciężko mi było na nie odpowiadać. Co zabawne właśnie tak wyobrażałem sobie najgorszy możliwy sposób na przedstawienie siebie podczas rozmowy o pracę. Brak pewności siebie, żadnych konkretów czy odpowiadanie oczywistymi banałami.
Pani, która prowadziła rozmowę, dała mi do zrozumienia, że w taki sposób, nie potrafiąc nawet wymienić swoich mocnych stron, ciężko mi będzie „kupić” potencjalnego pracodawcę. Mówiąc szczerze, była to miła odmiana od cukierkowego podejścia większości wykładowców, którzy niezależnie od jakości wykonywanych przeze mnie i moich kolegów ze studiów zadań, ciągle nas chwalą i opowiadają, jacy jesteśmy wyśmienici. Tutaj nareszcie spotkałem się z lekką krytyką, która
swoją drogą była w pełni zasłużona i trafna.
W końcu nie potrafiłem nawet wytłumaczyć, dlaczego już nie chcę zostać dziennikarzem sportowym. Odpowiedziałem, że ciężko się przebić, ale przecież ja sam tak nie uważam. Skąd mogę to wiedzieć, skoro nawet nie próbowałem? Chciałbym wykorzystać ten tekst, aby podzielić się swoimi prawdziwymi przemyśleniami.
Pomimo tego, że przez praktycznie całe życie byłem przekonany, że jest to coś, co będę chciał robić, to moja perspektywa się znacząco zmieniła. Wątpliwości zaczęły narastać o ironio podczas studiowania na kierunku dziennikarskim, który oprócz nazwy ma z nim niewiele wspólnego. Po trzech latach nie mam żadnego poczucia, żeby mój warsztat uległ jakiejkolwiek poprawie. Zresztą ogólnie powszechny na moim kierunku minimalizm i ciągłe „poklepywanie po główce” czy to przez wykładowców, czy przez kolegów sprawia, że odnoszę wrażenie, jakbym przestał się rozwijać, co działa demotywująco.
Natomiast umówmy się, byłbym niesprawiedliwy, zrzucając winę na inne podmioty niż ja sam. Tak, to ja jestem swoim największym problemem. Nikt mi przecież nie bronił wysłać swoich tekstów i spróbować swoich sił w zawodzie. Taką próbę podjąłem w zasadzie tylko raz, wysyłając recenzję do filmowej sekcji Interii. Poza tym zawsze szukałem w głowie wymówek, dlaczego tego nie robić.
Teraz już wiem, że prawdziwym powodem jest strach przed wszechobecnym „jadem” na portalach i mediach społecznościowych. Początkowo wydawało mi się, że jest to specyfika środowiska sportowego, ale dzieje się tak praktycznie w każdej dziedzinie dziennikarskiej.
Czytając komentarze, pod naprawdę obiektywnie dobrymi tekstami, które w niewybredny sposób obrażają autora, konsekwentnie sprawiały, że coraz bardziej zastanawiałem się, czy to jest dla mnie. Na pewno nie jestem osobą gruboskórną, przejmuję się hejtem czy krytyką na swój temat. Natomiast różnica polega na tym, że konstruktywną krytykę doceniam i lubię ją przyjąć, ale z bezpodstawnymi wyzwiskami, które niestety są częścią kultury internetowej, sobie nie radzę.
Nie chciałbym, żeby przez wykonywaną przeze mnie pracę, moje pasje jak sport, kinematografia czy muzyka stały się dla mnie obiektem zmartwień. Dlatego w ostatnim czasie dochodzę do wniosku, że zostanie osobą publiczną najzwyczajniej w świecie, nie jest dla mnie.
Jestem teraz na etapie poszukiwania dla siebie nowej ścieżki, przez co chyba ciężko mi było opisać siebie. Właściwie mam poczucie, że ta rozmowa rekrutacyjna i pisanie tego tekstu, przypomina wizytę u psychologa, który skłania mnie do refleksji nad samym sobą.
Przejdź do: Praktyki:
Autor: Wiktor Sadowski, student SWPS Wrocław, Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna
